Zawody te rozpoczęliśmy od wróżenia z kłębów pary, bo poprzedzające imprezę dni dodały do atmosfery tyle wilgoci, iż cumulusy nie wyparowują po zaniknięciu tworzącego je wznoszenia. To bardzo myli i utrudnia nam latanie. Wilgoć dała się we znaki także organizatorom. Musieli odwołać kilka dni treningu przed zawodami. Nie wpuszczono nas nawet z wózkami szybowcowymi i musieliśmy parkować na obwodnicy, poza granicami lotniska.
Szybowce potrzebują do latania energii słońca lub wiatru, podczas gdy w Europie mamy ciągłe mieszanie się różnych mas powietrza, a zamiast błękitu często gęstą powłokę deszczowych chmur. Przy dużej dynamice zmian trudno stawiać nawet krótkotrwałe przewidywania pogody i warunków do latania. W klasycznych zawodach szybowcowych pilot sam wybiera sobie czas odlotu na trasę, więc trzeba sporo doświadczenia i wnikliwości, aby wybrać optymalny czas startu, a potem stosowny do warunków atmosferycznych na trasie wariant lotu. W tych zawodach nie jest to łatwe, bo opady zmieniły radykalnie charakterystykę podłoża, a przecież od nagrzanej ziemi budują się wznoszenia termiczne. Na dodatek, grzbiety gór pokrywają ciągle grube warstwy śniegu, co jeszcze bardziej burzy standardowe reguły latania szybowcowego.
W niestandardowych, trudnych warunkach latam więc niekonwencjonalnie, to podpierając się wiatrami opływającymi zbocze, to szukając zbawczych wznoszeń na ogrzewanych słońcem skrawkach ziemi, a nawet tam, gdzie zaprzecza rozum - pod sypiącymi śniegiem ciemnymi chmurami. Jak dotąd taka taktyka opłaca mi się. Wygrałem dwie pierwsze konkurencje i prowadzę w zawodach. Jednak wodne potwory zamieszały znów w morzach opływających Italię i podsyłają nam wilgotne opary. Trzeba będzie strugać wędkę i czekać gdzieś nad wodą na zwycięstwo słońca.
Sebastian Kawa