Dla mężczyzn z pasją

Marcin Gienieczko

29.07.2010
Odpocznę tam i zmierzam do Adelajdy. Z Port Augusta mam około 300km.
Wczoraj spotkała mnie dawno nie widziana tu burza, deszcz lał przez 2 dni. Wiatr połamał mi stelaż od namiotu, ale udało mi się go poskładać. Dziś pogoda sie unormowała, chociaż dość chłodno.
Pozdrawiam. Marcin

26.07.2010

Kolejnym moim przystankiem jest Coober Pedy- miejscowość znana z wydobycia najcenniejszych, a tym samym najdroższych opali.
Dziennie pokonuję ok 130-140 km (przeważnie pod wiatr) i wiem, że więcej raczej nie dam rady. Liczę, że do Adelaide dotrę 2 sierpnia.
Czeka na mnie tamtejsza Polonia. Ludzie spotkani kiedyś przypadkowo w marinie w Gdyni (choć podobno nie ma przypadków) zaoferowali mi nocleg. Zatrzymam się u nich 2-3 dni. Jest wietrznie a w nocy zimno, śpię w polarze.

Coober Pedy to miasteczko pod ziemią, bardzo wyjątkowe, stanowiące miłą odmianę w ostatniej monotonii. Na pierwszy rzut oka niczym się nie różni od reszty miast i miasteczek, ale jak już znajdziemy się w nim, okazuje się, że wiele atrakcji znajduje się pod ziemią. Ludzie tu tak żyją -  kościoły, hotele, sklepy, domy - wszystko jest pod ziemią.  Latem temperatura dochodzi tu do 50 stopni, do tego kurz i pył z kopalni, w takich warunkach trudno normalnie żyć. A mieszka tu ok. 45 różnych narodowości. Są Włosi, Jugosłowianie, Grecy. Coober Pedy jest jedną z najbardziej zróżnicowanych etnicznie społeczności w Australii.

Monotonia w podróży, duże przestrzenie, podobne krajobrazy, droga zlewająca się z niebem-oto mój chleb powszedni. Jestem juz trochę zmęczony.
Generalnie każdy dzień przypomina dzień poprzedni. Wstaję o 6.30, a  o 7.30 jestem na rowerze i pedałuję 10 godzin z 15 minutową przerwa około południa. Słucham mp3, dużo polskiej muzyki - najczęściej Grzegorza Tyszkiewicza - wokalisty szantowego. Czasami głośno śpiewam, ale staram się to robić w terenach niezamieszkałych, żeby nie wystraszyć mieszkańców:). I tak przemierzam tę Australię.
Firma Nautiqus z Gdyni transportuje moją łódkę, która planowo powinna dotrzeć 19 sierpnia do Sydney.
Więcej o moich zmaganiach można przeczytać w miesięczniku "Prestiż".

Pozdrawiam serdecznie
Marcin

22/07/10

Dotarłem dziś do Erldundy, położonej przy przecięciu dróg płn-płd Stuart Highway i Lasseter Highway. Będę stąd zmierzał w kierunku Adelaide, choć to jeszcze spora odległość, bo ponad 1000km. Czerwony piasek i pustynne równiny otaczające Erldunda, jak większość środkowej Australii, tworzą dość monotematyczny pejzaż i cywilizacja jest coraz bardziej namacalna. Dla mnie akurat to nie powód do radości, bo dla prawdziwego podróżnika taki krajobraz przestaje być wyzwaniem. Mniej się tu czuje prawdziwą przygodę. Ale ta na pewno będzie na morzu. Tak jak pisałem wcześniej, chcę dotrzeć do Adelaide, potem do Melbourne, by przyjrzeć się Cieśninie Bassa. Tu dopiero zacznie się prawdziwa przygoda i wyzwanie.
Pozdrawiam Wszystkich jeszcze z Terytorium Północnego.

19/07/10

600km pokonanych bezdroży przez centralną Australię ziemi Aborygenów. Było ciężko, bo codziennie piach w ustach, słońce wypalało mózg. Mimo to dziennie udawało mi się pokonać 100km. Myślę, że przydało się ukończenie maratonu na Śląsku. To mnie wzmocniło, poza tym przeprawa z Darwin do Newman tez zrobiła swoje. To nogi decydowały o sile napędu mojego rumaka.
Rower spisywał się bardzo dobrze, nawet nie złapałem ani jednej ,,gumy". To juz sam w sobie sukces. Musiałem trochę spuścić powietrza żeby jakoś jechać po tym piachu, choć ostatni dzień przeprawy był bardzo ciężki. Po raz pierwszy w tej wyprawie pchałem rower około 4 km po piachu pod górę.
Przemierzyłem takie osady jak WARAKURNA I DOCKER RIVER.
Jestem teraz w Ayers Rock - u stóp świętej góry Aborygenów. Te 600 km off road'u zmotywowało mnie do dalszych etapów ekspedycji.
Myślę, że to dobry wynik - 6 dni 600 km po piachu. Teraz, kiedy jestem już na asfalcie będę na pewno pokonywał większe odległości. Pamiętam jak miałem 19 lat i  jechałem rowerem dookoła Polski. Wówczas z Kętrzyna do Elbląga - blisko 170km pokonałem jednego dnia. Chciałbym ten wyczyn powtórzyć - taki sportowy akcent.
Osady aborygeńskie są bardzo zaniedbane. Nie mają oświetlenia, zamiast tego Aborygeni palą ogniska koło domu - zupełnie jak w trzecim świecie, który opisywał Ryszard Kapuściński w Hebanie.
Wielka góra Uluru jest naprawdę majestatyczna. Mierzy ok. 300m wysokości i ok. 8 km w obwodzie. Mieni się pięknie w zachodzącym słońcu, przybierając różne kolory w zależności od oświetlenia. Turyści piknikują wokół tego miejsca przez kilka godzin, siedzą, rozmawiają, jest bardzo gwarno, ale to typowo komercyjne miejsce. 
Tutaj odpocząłem kilka godzin i przemyślałem wiele tematów. Kiedyś podzielę się nimi publicznie, teraz mam wszystko w swojej głowie - dla siebie i w swoim sercu.
Rower jest czerwony i pomarańczowy od piachu, łańcuch przypomina wstążkę tego samego koloru. Musiałem wyczyścić piasty, bo piach tam się na dobre zakorzenił.
Co noc towarzyszyły mi wielbłądy, musiałem je odganiać, bo są strasznie natrętne. Noce są tu bardzo czyste, gwiaździste. Tylko dingo wyje pod rozgwieżdżonym niebem...
 Teraz zmierzam w stronę Adelaide. Cieszę się, ze dotarłem do tej wielkiej skały w centralnej Australii. To był ważny punkt w tej ekspedycji. Teraz udaję się w dalszą drogę, w kierunku południowym.
Pozdrawiam
Marcin

16/07/2010

W ciągu ostatnich 3 dni przejechałem 330 km, krajobraz powoli zaczyna się zmieniać. To jeszcze część Pustyni Gibsona, ale już czuję przedsmak świętej góry Aborygenów - Uluru, bo trasa wiedzie coraz bardziej pagórkowatymi terenami, w oddali piętrzą się masywy górskie skąpane w australijskim słońcu. To miła odmiana po płaskim dotąd i dość jednostajnym szlaku mało gościnnego outbacku.  
Jestem na obszarze Terytorium Północnego, minąłem Docker River. To miejscowość, którą rok temu nawiedziło stado 6000 dzikich wielbłądów, które zaatakowało miasto w poszukiwaniu wody. Straty były niewyobrażalne - zniszczone domostwa, ogrodzenia, zanieczyszczona woda dla mieszkańców. Te niebezpieczne zwierzęta, sięgające do 2,1 m i ważące ok.900 kg, staja się plagą i są naprawdę dużym zagrożeniem dla tutejszych mieszkańców.
Pozdrawiam. Marcin

11 lipca 2010

Przygoda to coś takiego jak niewiadoma w totolotka. Nie można jej wyreżyserować, bo wtedy przestaje się nazywać przygodą. Zacznę od początku.
Wyruszyłem na Pustynię Gibsona innym szlakiem z Wiluny - Wongawol Road.  Szlak niezbyt  trudny, ale dużo skał i piachu - jak to na pustyni. Mój wózek podskakiwał niczym piłeczka pingpongowa. Na początku szło mi całkiem dobrze. Pierwszego dnia zrobiłem 28 km i zadzwoniłem do żony będąc na szczycie szczęścia, że w końcu jest ok., choć mówiłem to z dystansem nie chcąc zapeszyć ...Na wózku miałem jeden kanister 20 litrowy, trzy po 15 litrów i jeden worek dromadera 10 l, co daje 75 l czyli 75kg (tutaj nie miałem rozrzuconej wody więc musiałem się zabezpieczyć) plus sprzęt filmowy i fotograficzny, żywność i parę rzeczy do wózka. Łącznie 110kg czyli takie obciążenie jak na saniach polarnych na Kołymie, którą przemierzałem po śniegu i lodzie.
Niestety drugiego dnia wózek zaczął szwankować. Co 30 minut koło się luzowało i po prostu spadało z wózka(uchwytu). Poprawiałem, ale zastanawiałem się co się dzieje. Pamiętam jak startowałem na Talawana Track i Bogusław Stańczyk filmował nasze pożegnanie, po czym powiedział - "człowieku, jak ty idziesz na wyprawę - przecież koła masz nie dopięte. Zdziwiłem się bardzo, bo dałbym sobie głowę uciąć - dopiąłem mocno, mimo ze nadal mam dłoń niesprawną. Adrenalina na starcie jednak dała mi dużo siły i takiego niedopatrzenia na pewno nie zrobiłbym. Nie dyskutowałem wówczas, bo chciałem iść i wędrować. Bogus zniknął na horyzoncie, a ja zacząłem zapuszczać się wówczas w pustynne tereny i w spinifex. Teraz, kiedy byłem już na właściwym szlaku znowu luzowały się koła. Przypomniałem sobie  tamto zdarzenie. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Ale nie było czasu na analizę. Chciałem iść, bo na wyprawie jest tak(bynajmniej w moim przypadku), że czas na przemyślenia i testy jest w kraju(w miarę możliwości). Moje testowanie odbywało się na plaży w Juracie, ale to nie to samo co trawa spinifex czy skały na pustyni. Ale do rzeczy:
Okazało się, że obręcze, które trzymają wózek są mocno wyszlifowane. Najwidoczniej w I etapie było sporo tarcia. Być może też wózek uszkodził się podczas transportu lotniczego albo kiedy wieźliśmy go do Warburton - na pewno coś musiało się wydarzyć, bo sprzęt był sprawny przed wyjazdem. Niestety tutaj nie spełnił swojej roli. Koła przechylały się w stronę bagażu, tym samym ocierały się o sprzęt na wózku i obręcze - blokowały poruszanie się. Wyglądało to tak, jakby koła się rozchodziły- raz na lewą stronę, raz na prawą w zależności od ułożenia terenu. Poprawiałem luzy, dokręcałem na siłę i po 15 minutach przeprawy to samo. To może wyprowadzić człowieka z równowagi, ale szedłem dalej. Trzeciego dnia niestety strzeliła szprycha i piasta się wykrzywiła, wymieniłem ją na nową, ale znowu po dniu wędrówki się wygięła. Wiedziałem, że niestety plan przeprawy legnie w gruzach. Siedziałem przy ognisku zrozpaczony. Zrobiłem 100 km i nie wiedziałem co dalej. Na dodatek przyszła burza i deszcz, który pada raz na 3 lata. A właśnie teraz spadł i zrobił ze szlaku gliniane podłoże. Koła będąc juz wykrzywione zapadały się w błocie, ja również. Wszystko okazało się nie tak. Wózek prawie rozpadł się po kolejnych 10 km wędrówki następnego dnia i tym samym postanowiłem zakończyć plan ,,pustynna burza" jak go później nazwałem. Trudno. Nie tym razem.  5 km ode mnie ugrzęzły w błotnej mazi dwa samochody. Błoto, które niczym lawa zalewa szlak, spowodowało, że nawet dwa auta o napędzie 4 na 4 nie dawały rady(tu jeśli pada deszcz, woda nie wsiąka lecz się rozlewa tworząc klejącą się breję). Podkładanie pod koła desek nie przynosiło rezultatów - koła zapadały się i grzęzły coraz mocniej. Ludzie, widząc co się święci, postanowili mnie zebrać. Ta decyzja była bolesna, bo podjęta po raz drugi próba nie powiodła się. W tym momencie juz decyzja zapadła, że tym razem pustyni nie zrobię. Czasem jest tak, że natura zwycięża. Zabrałem najważniejszy sprzęt - i z ekipą nowo poznanych ludzi dojechałem do Warburton. Tutaj na mnie czekał mój rower.
Nadal mam w głowie tę pustynię, bo poczynionych zostało wiele nakładów, Bogusław Stańczyk specjalnie z Sydney przyleciał mi pomóc. Wszystko było w porządku i tylko ... ten wózek!
Takie są moje spostrzeżenia i refleksje. Teraz czeka mnie kolejny etap - też niełatwy, bo ręka nie do końca sprawna, drogi były rozmyte. Ale trzeba wziąć się w garść i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Przygoda trwa a tak naprawdę się rozkręca.

Pozdrawiam z Warburton
Marcin


Lokalizacja


Galeria

O podróżniku


Zobacz także