Relacje z Cabo Verde
Dzień 4 - Surfing i kitesurfing 01/05/2011
Tak jak się przypuszczaliśmy impreza imieninowa naszego kamerzysty przerodziła się w integracyjną. Rano kapitan okazał się bezlitosny ruszając skoro świt w kierunku kolejnej wyspy.
http://www.youtube.com/v/VZZf00DYL1g
Tak jak się przypuszczaliśmy impreza imieninowa naszego kamerzysty przerodziła się w integracyjną. Rano kapitan okazał się bezlitosny ruszając skoro świt w kierunku kolejnej wyspy.
Fale były na tyle duże, że zmusiły nas do przejścia na górny
pokład. Kołysało niemiłosiernie, a my zamilkliśmy
starając się za wszelką cenę utrzymać równowagę. Trudy
podróży wynagrodziło nam stado delfinów bawiące się
bezpośrednio przy burcie oraz wyskakujące z wody latające
ryby. Dopłynęliśmy do brzegu wyspy San Luzia
i opuściliśmy kotwicę około 150 m od brzegu. Tam
nastąpiła szybka przesiadka Victora i Łukasza na ponton
z silnikiem. Łukasz, jak się okazało, posiada spore
doświadczenie w temacie kitesurfingu - już po chwili
zaczął halsować wzdłuż wybrzeża. W pewnym momencie
usłyszeliśmy jego okrzyk "WIELORYB!"- Łukasz pędził
w naszym kierunku lewym halsem jednocześnie pokazując ręką
w stronę głębszej wody. Wielki ssak był widoczny niestety
tylko przez chwilę. Zaraz potem reszta z nas rozochocona
bogactwem tricków prezentowanych przez Victora(m.in. slim chance,
backmobe, czy double backroll to wrapped) ruszyła pompować swoje
latawce. Ćwiczenia opierały się najpierw na kompletacji zestawu.
Już po pierwszym dniu treningu wszyscy dokładnie zapamiętali
kolejność wykonywanych czynności. Wiatr wiał z siłą 25
węzłów i po chwili na błękitnym niebie utrzymywały się
w zenicie już cztery latawce. Piotr Malarski w tym
czasie ślizgał się wzdłuż nabrzeża na windsurfingu. Widać
zresztą było, że nie robi tego od wczoraj Ćwiczyliśmy
z latawcem ósemki, start, lądowanie, halsowanie. Cała akcja
miała miejsce na malowniczej plaży, na której rozbijały się
lazurowe fale. Obiad był świetnym momentem na podsumowanie
i podzielenie się emocjami. Pierwszy raz poza owocami morza
jedliśmy lokalny gulasz z kurczaka podany z ryżem,
kukurydzą i fasolą. Zaraz po posiłku wsiedliśmy na ponton
i ruszyliśmy na plaże szlifować nasze umiejętności.
Szybko nadeszła godzina 18:00 - a niedługo potem słońce
zaszło za horyzontem. Na katamaranie czekała na nas wspaniała
kolacja przygotowana przez naszą mistrzynię kuchni. Okazało
się, że złapana cztery dni wcześniej, ośmiokilowa dorada,
wylądowała na naszym stole. Pięknie opieczona z kolendrą
i podana z cytryną była kropką nad "i" tak
ekscytującego dla wszystkich dnia. Po posiłku zrobiło się
bardzo towarzysko. W mesie rozmowy trwały do późnych godzin
wieczornych, a w tle kołysały nas lokalne rytmy. Kiedy
rozeszliśmy się zmęczeni do swoich kajut słychać już było
tylko chlupot wody uderzającej o burtę.