Dla mężczyzn z pasją

Relacje z Cabo Verde

Fale były na tyle duże, że zmusiły nas do przejścia na górny pokład. Kołysało niemiłosiernie, a my zamilkliśmy starając się za wszelką cenę utrzymać równowagę. Trudy podróży wynagrodziło nam stado delfinów bawiące się bezpośrednio przy burcie oraz wyskakujące z wody latające ryby. Dopłynęliśmy do brzegu wyspy San Luzia i opuściliśmy kotwicę około 150 m od brzegu. Tam nastąpiła szybka przesiadka Victora i Łukasza na ponton z silnikiem. Łukasz, jak się okazało, posiada spore doświadczenie w temacie kitesurfingu - już po chwili zaczął halsować wzdłuż wybrzeża. W pewnym momencie usłyszeliśmy jego okrzyk "WIELORYB!"- Łukasz pędził w naszym kierunku lewym halsem jednocześnie pokazując ręką w stronę głębszej wody. Wielki ssak był widoczny niestety tylko przez chwilę. Zaraz potem reszta z nas rozochocona bogactwem tricków prezentowanych przez Victora(m.in. slim chance, backmobe, czy double backroll to wrapped) ruszyła pompować swoje latawce. Ćwiczenia opierały się najpierw na kompletacji zestawu. Już po pierwszym dniu treningu wszyscy dokładnie zapamiętali kolejność wykonywanych czynności. Wiatr wiał z siłą 25 węzłów i po chwili na błękitnym niebie utrzymywały się w zenicie już cztery latawce. Piotr Malarski w tym czasie ślizgał się wzdłuż nabrzeża na windsurfingu. Widać zresztą było, że nie robi tego od wczoraj  Ćwiczyliśmy z latawcem ósemki, start, lądowanie, halsowanie. Cała akcja miała miejsce na malowniczej plaży, na której rozbijały się lazurowe fale. Obiad był świetnym momentem na podsumowanie i podzielenie się emocjami. Pierwszy raz poza owocami morza jedliśmy lokalny gulasz z kurczaka podany z ryżem, kukurydzą i fasolą. Zaraz po posiłku wsiedliśmy na ponton i ruszyliśmy na plaże szlifować nasze umiejętności. Szybko nadeszła godzina 18:00 - a niedługo potem słońce zaszło za horyzontem. Na katamaranie czekała na nas wspaniała kolacja przygotowana przez naszą mistrzynię kuchni. Okazało się, że złapana cztery dni wcześniej, ośmiokilowa dorada, wylądowała na naszym stole. Pięknie opieczona z kolendrą i podana z cytryną była kropką nad "i" tak ekscytującego dla wszystkich dnia. Po posiłku zrobiło się bardzo towarzysko. W mesie rozmowy trwały do późnych godzin wieczornych, a w tle kołysały nas lokalne rytmy. Kiedy rozeszliśmy się zmęczeni do swoich kajut słychać już było tylko chlupot wody uderzającej o burtę.

Lokalizacja


Galeria

O wyprawie

Cabo Verde

Rzuć wszystko, pakuj się i jedź na Cabo Verde!

Cabo Verde - rajski zakątek Oceanu Atlantyckiego

więcej »

Sonda